Pohl Frederic - Gateway Za B��kitnym Horyzontem Zdarze� - W po�owie drogi

W PO�OWIE DROGI



    Kocha� kogo� to wielkie szcz�cie. Po�lubi� kogo�, to zawrze� kontrakt. Ta cz�� mojej osoby, kt�ra kocha�a Essie, kocha�a j� ca�ym sercem i kiedy wyst�powa�y nawroty choroby, pogr��a�a si� w b�lu i przera�eniu, gdy za� Essie wraca�a do zdrowia, napawa�o j� to ogromn� rado�ci�. Wielokrotnie mia�em sposobno�� do�wiadczy� obu tych stan�w. Przed moim powrotem Essie dwa razy zmar�a na stole operacyjnym; �mier� nast�pi�a jeszcze raz, dwana�cie dni p�niej, podczas kolejnej operacji. Wtedy to doprowadzono j� do stanu �mierci klinicznej celowo. Wstrzymano akcj� serca i oddech, utrzymuj�c przy �yciu jedynie m�zg. I przy ka�dej reanimacji sama my�l, �e b�dzie �y�a, napawa�a mnie przera�eniem, poniewa� oznacza�o to, �e mo�e umrze� ponownie, a ja tego ju� nie przetrzymam. Ale powoli, z trudem, zacz�a przybiera� na wadze i Wilma powiedzia�a mi, �e sprawy przyj�y pomy�lny obr�t - to tak jak w statku Heech�w, kiedy w po�owie drogi zaczynaj� si� �arzy� spirale i ju� wiesz, �e prze�yjesz podr�. Przez ca�y ten czas, tydzie� za tygodniem, obija�em si� po domu aby by� w pobli�u, gdyby Essie chcia�a mnie zobaczy�.
    Przez ca�y czas ��cz�ca nas wi� dra�ni�a t� cz�� mojej osoby, kt�ra wzi�a z ni� �lub i kt�ra teraz pragn�a, bym znowu by� wolny.
    Jak to wyt�umaczy�? Stwarza�o to dobr� okazj� do poczucia winy, a jak mi wielokrotnie u�wiadamia� psychoanalityczny program, by�em bardzo podatny na poczucie winy. I kiedy odwiedza�em Essie, kt�ra wygl�da�a jak mumia, serce przepe�nia�a mi rado�� i troska, a poczucie winy i oburzenia �ciska�o mnie za gard�o. Odda�bym �ycie, �eby wyzdrowia�a. Nie wydawa�o si� to jednak praktyczne, albo przynajmniej nie widzia�em �adnego sensu w tego typu uk�adzie i w�wczas ta druga, przepe�niona win� i wrogo�ci� cz�� mojej osoby chcia�a by� wolna, by m�c rozmy�la� o utraconej Klarze i sposobie, w jaki j� odnale��.
    Stan Essie stale si� jednak polepsza�. Naprawd�. I to szybko. Zapadni�te worki pod oczyma wype�nia�y si� i zosta�y tylko si�ce. Z jej nozdrzy znikn�y sondy. Jad�a za dw�ch. Na moich oczach przybiera�a na wadze, piersi powoli si� wype�nia�y, biodra na nowo zaczyna�y mnie podnieca�.
    - Moje gratulacje - powiedzia�em Wilmie Liederman, kiedy dopad�em j�, gdy sz�a odwiedzi� swoj� pacjentk�.
    - Tak, nast�puje poprawa - odrzek�a szorstko.
    - Nie za bardzo mi si� podoba spos�b, w jaki to uj�a� - zwr�ci�em jej uwag�. - Czy co� jest nie tak?
    - Naprawd� nic takiego, Robin - z�agodnia�a. - Wszystkie badania s� w porz�dku. Tyle tylko, �e bardzo jej spieszno.
    - To chyba dobrze, co?
    - W pewnym sensie tak. A teraz - doda�a - musz� ju� i�� do pacjentki. Jej stan z ka�dym dniem b�dzie si� poprawia� i by� mo�e za jakie� dwa tygodnie wr�ci do zdrowia. - C� za wspania�a wiadomo��. Ale z jak� niech�ci� j� przyj��em.
    Przez wszystkie te tygodnie co� wisia�o nade mn�. Mo�e przeznaczenie? Tak jakby stary Peter Herter szanta�owa� �wiat, kt�ry bezbronny stoi przed nim otworem. Czy te� jakby Heechowie si� obruszyli na wie�� o wtargni�ciu przez nas do ich skomplikowanego prywatnego �wiata. Czasami wygl�da�o to jak dary z nieba - nowe technologie, nowe nadzieje i nowe cuda, kt�re mo�na bada� i eksploatowa�. Kto� m�g�by pomy�le�, �e odr�nia�em nadzieje od dr�cz�cych mnie niepokoj�w. Nic biedniejszego. Jedne i drugie cholernie mnie przera�a�y. Jak bowiem u�wiadamia� mi staruszek Sigfrid, mia�em sk�onno�� nie tylko do poczucia winy, lecz r�wnie� i obaw.
    A skoro ju� o tym mowa dr�czy�y mnie jeszcze inne sprawy. Nie tylko Essie. Gdy cz�owiek osi�ga pewien wiek, ma - moim zdaniem - prawo oczekiwa� stabilno�ci w niekt�rych sferach swego �ycia. W jakich na przyk�ad? Na przyk�ad w kwestii pieni�dzy. Zawsze mia�em ich w br�d, a teraz program prawny zacz�� mi m�wi�, �e musz� liczy� si� z ka�dym groszem.
    - Przecie� obieca�em Hansonowi Boverowi milion got�wk� - zaoponowa�em. - I mam zamiar dotrzyma� s�owa. Sprzedaj cz�� akcji.
    - Ju� sprzeda�em, Robin. - Nie by� z�y. Zaprogramowano go w ten spos�b, by nie m�g� si� z�o�ci�. Potrafi� jednak by� wredny i taki w�a�nie by� w tej chwili.
    - To sprzedaj wi�cej. A kt�rych najlepiej si� pozby�?
    - Teraz nie ma to znaczenia. Akcje kopalni po�ywienia polecia�y w d� ze wzgl�du na po�ar. Fermy rybne po stracie narybku �ososia nie stan�y jeszcze na nogi. Za jaki� miesi�c lub dwa...
    - Za jaki� miesi�c lub dwa pieni�dze nie b�d� mi ju� potrzebne. Sprzedawaj. - I kiedy go wy��czy�em i wywo�a�em Bovera, by si� dowiedzie�, gdzie mam mu przes�a� ten milion, Bover wydawa� si� zdziwiony.
    - W �wietle poczyna� Korporacji Gateway - zauwa�y� - wydawa�o mi si�, �e zerwa� pan nasze porozumienie.
    - Umowa jest umow� - odpowiedzia�em. - Mo�emy machn�� r�k� na stron� prawn� przedsi�wzi�cia. Nie ma wi�kszego znaczenia w momencie, gdy Gateway wykupi�a mnie prawem pierwokupu.
    Zrobi� si� od razu podejrzliwy. Jak to jest, �e ludzie staj� si� wobec mnie podejrzliwi, kiedy mi nawet przez g�ow� nie przejdzie ich oszukiwa�?
    - Dlaczego chce pan pomin�� stron� prawn� przedsi�wzi�cia? - zapyta� w podnieceniu, drapi�c si� po czubku g�owy. Czy�by znowu by�a opalona?
    - Wcale nie chc� - odpowiedzia�em. - Nie jest to ju� istotne. Jak tylko si� wycofasz, Gateway zrobi to samo w stosunku do mnie.
    Obok zachmurzonej twarzy Bovera pojawi� si� program mojej sekretarki. Wygl�da�a jak anio� str� z komiksu szepcz�cy co� do ucha Boverowi, ale to co m�wi�a, w rzeczywisto�ci by�o przeznaczone dla mnie.
    - Zosta�o sze��dziesi�t sekund do ostrze�enia pana Herter - przypomnia�a.
    Zupe�nie zapomnia�em, �e stary Herter da� nam kolejne ze swych czterogodzinnych ostrze�e�.
    - Najwy�szy czas zabezpieczy� si� przed nast�pnym ciosem Petera Hertera - rzuci�em Boverowi i przerwa�em ��czno��. By�o mi zupe�nie oboj�tne, czy on o tym pami�ta, po prostu chcia�em zako�czy� rozmow�. To �adnie ze strony Petera, czy raczej dobrze �wiadczy�o o jego zdyscyplinowaniu, �e za ka�dym razem nas ostrzega�, a dopiero potem z niezwyk�� punktualno�ci� przyst�powa� do dzia�ania. Mia�o to jednak wi�ksze znaczenie dla pilot�w i kierowc�w, ni� takich jak ja domator�w.
    By�a jeszcze Essie. Zajrza�em do niej, by si� upewni�, czy w tym momencie przypadkiem jej nie myj� albo karmi�. Ale nie - spa�a. Spa�a ca�kiem zwyczajnie, lekko pochrapuj�c, a jej ciemnoz�ote w�osy le�a�y rozsypane na poduszce. Kiedy wraca�em, by usi��� w wygodnym fotelu przed ekranem, poczu�em obecno�� Petera w moim m�zgu.
    Sta�em si� niemal ekspertem od ingerencji w ludzkie umys�y. Nie by�a to �adna nadzwyczajna umiej�tno��. W ci�gu ponad dziesi�ciu lat, odk�d ten g�upi smarkacz Wan zacz�� podr�e do Fabryki Po�ywienia, zdoby�a j� ca�a ludzka rasa. Jego ingerencje by�y najgorsze, poniewa� trwa�y tak d�ugo i poniewa� uczestniczyli�my w jego snach. Sny maj� ogromn� pot�g� - s� czym� w rodzaju eksplozji szale�stwa. Natomiast lekki wstrz�s, kt�rego doznali�my od Janine Herter, w por�wnaniu z tym to betka; dok�adnie dwuminutowe dawki, jakimi cz�stowa� nas Peter Herter, nie by�y niczym gorszym ni� �wiat�a na skrzy�owaniu - zatrzymujesz si� na minut� i niecierpliwie czekasz a� si� zmieni�, a potem jedziesz dalej. Od Petera przychodzi�y jego w�asne uczucia - czasami skurcze �o��dka wywo�ane wiekiem, czasami g��d lub pragnienie, a raz nawet wygasaj�ce w�ciek�e po��danie starego samotnego cz�owieka. Kiedy usiad�em, stara�em sobie uzmys�owi�, �e to nic takiego, �e to co najwy�ej uczucie, jakby cz�owiekowi lekko kr�ci�o si� w g�owie, kiedy zrobi� za du�o sk�on�w. Jak potem wstaje, musi min�� chwila zanim mu to przejdzie. Ale tym razem nie przechodzi�o. Czu�em, �e widz� jakby przez mg��, jakbym patrzy� dwoma parami oczu naraz. Odczuwa�em te� niewys�owion� w�ciek�o�� i smutek starego cz�owieka, ale pozbawion� s��w. Jakby szmer, jakby szept, kt�rego zbyt dok�adnie nie s�ysza�em.
    Uczucie to nie ustawa�o. Mg�a przed oczyma zg�stnia�a. Sta�em si� odr�twia�y i zacz��em prawie majaczy�. Tymi drugimi oczyma, kt�re nie widzia�y ostro ani wyra�nie, zacz��em dostrzega� rzeczy, jakich nigdy w �yciu nie widzia�em. Nic rzeczywistego - jakie� fantastyczne kszta�ty. Pojawia�y si� kobiety z dziobami jak drapie�ne ptaki. Pod zamkni�tymi powiekami przetacza�y mi si� olbrzymie b�yszcz�ce, metalowe straszyd�a - zjawy i mary.
    Dwuminutowe ostrze�enie wymkn�o si� jakby spod kontroli. Sukinsyn musia� zasn�� w kokonie. Bogu dzi�ki, �e starzy ludzie cierpi� na bezsenno��. Na szcz�cie nie trwa�o to osiem godzin, tylko niewiele ponad godzin�.
    Ale i tak by�o to ponad sze��dziesi�t bardzo nieprzyjemnych minut. Kiedy tylko poczu�em, �e niechciane sny bez �ladu odp�ywaj� z mojej g�owy i zorientowa�em si�, �e nie zosta�o po nich ani �ladu, natychmiast pobieg�em do pokoju Essie. Nie spa�a, siedzia�a oparta o poduszki.
    - Wszystko w porz�dku - powiedzia�a od razu. - Zupe�nie mi�y sen, przyjemniejszy ni� m�j w�asny.
    - Zabij� tego sukinsyna!
    - To niezbyt praktyczny pomys� - Essie pokr�ci�a g�ow�, u�miechaj�c si� do mnie.
    Faktycznie, mo�e nie za bardzo. Ale jak tylko upewni�em si�, �e z Essie wszystko w porz�dku, wezwa�em Alberta Einsteina.
    - Chc� si� ciebie poradzi�. Czy mo�na w jaki� spos�b powstrzyma� Petera Hertera? Podrapa� si� po nosie.
    - Masz pewnie na my�li jakie� dzia�anie natychmiastowe. Nie, Robin, jak na razie nie dysponujemy takimi �rodkami.
    - Ta odpowied� mnie nie zadowala. Na pewno mo�na co� wykombinowa�.
    - Naturalnie, ale chyba rozmawiasz nie z tym programem, co trzeba - odrzek� powoli - By� mo�e da�oby si� znale�� jakie� �rodki po�rednie. O ile rozumiem, spieracie si� o pewne kwestie prawne. Gdyby� te sprawy rozwi�za�, mo�e uda�oby si� zado��uczyni� ��daniom i Hertera i tym samym po�o�y� temu kres.
    - Do diab�a! Ju� pr�bowa�em. Jest akurat na odwr�t! Je�liby mi si� uda�o powstrzyma� Hertera, mo�e m�g�bym przekona� Korporacj� Gateway, �eby mi oddali z powrotem kontrol� nad tym przedsi�wzi�ciem. A on tutaj wpieprza si� ludziom w ich my�li! Chc� z tym wreszcie sko�czy�! Czy nie mo�na nada� jakich� zak��ce�? Albert ssa� fajk�.
    - Raczej nie - odezwa� si� w ko�cu. - Ja nie mam motywacji do dzia�ania w tym kierunku. To mnie zaskoczy�o.
    - Nie pami�tasz, co to za uczucie?
    - Robin - odezwa� si� cierpliwie. - Ja nic nie czuj�. Musisz pami�ta�, �e jestem tylko programem komputerowym. I brak mi kompetencji, by dyskutowa� na temat natury sygna��w nadchodz�cych od pana Hertera. Mo�e bardziej pomocny okaza�by si� tutaj tw�j program psychoanalityczny. Analitycznie wiem, co si� zdarzy�o - mam wszystkie pomiary wyst�puj�cego promieniowania. Do�wiadczalnie nie odczu�em nic. Inteligencje maszyn nie odbieraj� tej emisji. Ka�da istota ludzka co� odczu�a. Wiem, bo mamy raporty na ten temat. S� r�wnie� dowody na to, �e niepok�j nie omin�� tak�e ssak�w o wi�kszej pojemno�ci m�zgu, to znaczy naczelnych, delfin�w i s�oni.
    Mo�e odebra�y je tak�e i inne ssaki, cho� dowody na to s� znikome. Ale ja bezpo�rednio tego nie do�wiadczy�em... A je�li chodzi o emisj� fal zak��caj�cych, to owszem, by� mo�e co� takiego da�oby si� zrobi�.
    Ale jaki by�by efekt? Pami�taj, Robin, �e sygna� interferuj�cy zosta�by wys�any z jakiego� miejsca po�o�onego niedaleko st�d na odleg�o�� nie wi�ksz� ni� dwadzie�cia pi�� dni �wietlnych. Je�li pan Herter mo�e wywo�a� jaki� niepok�j, to jakie by�yby skutki przypadkowego sygna�u nadanego z tak bliska?
    - Chyba op�akane.
    - Naturalnie. A pewnie nawet gorsze, ni� przypuszczasz, ale tego nie mo�na stwierdzi� bez przeprowadzenia odpowiednich do�wiadcze�. Przedmiotem tych eksperyment�w musia�yby by� istoty ludzkie, a ja takich do�wiadcze� prowadzi� nie mog�.
    - Na pewno nie mo�esz - odezwa� si� za moimi plecami pe�en dumy g�os Essie. - Ja to chyba wiem najlepiej.
    Podesz�a od ty�u bezszelestnie, na bosaka po grubym dywanie. Mia�a na sobie d�ugi, zapi�ty pod szyj� szlafrok a� do kostek, w�osy schowane pod turbanem.
    - Essie, do diab�a, dlaczego wsta�a�?
    - W moim ��ku zrobi�o si� stanowczo za nudno, zw�aszcza kiedy jestem w nim sama - powiedzia�a tarmosz�c mnie palcem za ucho. - Czy masz jakie� plany na dzisiejszy wiecz�r? Bo je�li mnie zaprosisz, nie mia�abym nic przeciwko temu, �eby dzisiaj znale�� si� w twoim ��ku.
    - Ale... - wykrztusi�em. I jeszcze - Essie...
    Chcia�em tak�e doda� : „Nie powinna� tego jeszcze robi�" albo „w ka�dym razie nie w obecno�ci komputera", ale nie da�a mi czasu, bym si� zdecydowa� na kt�r�� z tych formu�ek. Przytuli�a si� pocieraj�c swym policzkiem o m�j, by� mo�e po to, abym poczu�, �e znowu jest okr�g�y i pe�ny.
    - Robin - zacz�a pogodnie. - Czuj� si� znacznie lepiej, ni� m�g�by� si� spodziewa�. Spytaj lekarza. Powie ci, jak szybko si� wszystko zagoi�o. - Przekr�ci�a g�ow�, �eby mnie poca�owa� i doda�a: - Przez najbli�szych par� godzin chcia�abym poza�atwia� swoje r�ne sprawy. Mo�esz wi�c sobie porozmawia� z komputerem. Jestem pewna, �e Albert ma ci wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia. Czy� nie tak, Albert?
    - Naturalnie, prosz� pani - przyzna� jej racj�, weso�o wydmuchuj�c dym z fajki.
    - A zatem jeste�my um�wieni - poklepa�a mnie po policzku i odwr�ci�a si�. Musz� przyzna�, �e kiedy odchodzi�a z powrotem do swego pokoju, wcale nie sprawia�a wra�enia chorej. Szlafrok nie by� obcis�y, ale dostatecznie dopasowany - mia�a naprawd� wspania�e kszta�ty. Trudno mi by�o uwierzy�, �e warstwy banda�y po lewej stronie cia�a znikn�y, ale nic nie wskazywa�o na ich obecno��.
    Program naukowy odchrz�kn�� za moimi plecami. Odwr�ci�em si�, a on z rozja�nionym spojrzeniem pyka� z fajki.
    - Twoja �ona wygl�da �wietnie - stwierdzi� kiwaj�c g�ow� z powag�.
    - Czasami si� zastanawiam, do jakiego stopnia jeste� antropomorficzny. No dobra. Co ciekawego masz mi do przekazania?
    - A co by� chcia� us�ysze�? Czy mam m�wi� dalej na temat Petera Hertera? S� te� inne mo�liwo�ci, na przyk�ad rozwi�zanie aborcyjne. To znaczy, odsuwaj�c na bok komplikacje prawne, mo�na by by�o poleci� komputerowi pok�adowemu znanemu jako Vera, by wysadzi� w powietrze zbiorniki paliwa na statku orbitalnym.
    - I co jeszcze? Zniszczyliby�my najwi�kszy skarb, jaki kiedykolwiek zosta� odnaleziony.
    - To prawda. A nawet gorzej. Szansa na to, �e wybuch zewn�trzny zniszczy wykorzystywan� przez Hertera instalacj�, jest znikoma. Mo�e go tylko rozjuszy�. Albo na dobre tam uwi�zi�, �eby do ko�ca �ycia robi�, co mu si� �ywnie podoba.
    - Daj ju� sobie z tym spok�j. Czy naprawd� nie masz dla mnie �adnych dobrych wiadomo�ci?
    - A i owszem - u�miechn�� si�. - Odnale�li�my nasz kamie� z Rosetty. - Albert zmala�, a� sta� si� zanikaj�cym b�yskiem kolorowych �wiate�ek i znikn��. - Widzisz w�a�nie pocz�tek ksi��ki - wyja�ni�, kiedy na jego miejscu pojawi�a si� roz�wietlona fioletowawa masa w kszta�cie wrzeciona.
    - Nic tu nie ma!
    - Jeszcze nie zacz��em - wyja�ni�. Kszta�t by� wy�szy ni� ja, o grubo�ci mniej wi�cej r�wnej po�owie mojej wysoko�ci. Zacz�� si� przesuwa� przed moimi oczami. Kolor wyblak�, a� sta� si� ca�kowicie przezroczysty, a potem w �rodku pojawi�a si� jedna, dwie, trzy kropki. By�y to punkty jasnoczerwonego �wiat�a, kt�re si� rozwin�o w spiral�. Rozleg� si� ponury, szemrz�cy odg�os, jakby telemetrii, czy te� co�, co przypomina�o nag�o�niony jazgot w ma�pim gaju. Wtedy obraz znieruchomia� i urwa� si� g�os.
    - Specjalnie si� w tym momencie zatrzyma�em - zacz�� Albert. - Mo�liwe, �e te d�wi�ki to j�zyk, ale nie uda�o mi si� jeszcze wydzieli� z niego jednostek semantycznych. Co do „tekstu" nie ma w�tpliwo�ci. To te sto trzydzie�ci siedem punkt�w �wiat�a. A teraz patrz uwa�nie, puszcz� ci jeszcze kawa�ek.
    Spirala stu trzydziestu siedmiu malutkich gwiazdek podwoi�a si�. Kolejny zw�j kropek podni�s� si� ze swojego pierwotnego miejsca i poszybowa� ku g�rze wrzeciona, gdzie bezg�o�nie zawisn��. Znowu rozleg� si� pomruk mowy i pierwotna spirala rozszerzy�a si�, a ka�da z kropek naszkicowa�a w�asn� spiral�. Na koniec powsta�a jedna du�a spirala z�o�ona ze 137 mniejszych, a ka�d� z nich tworzy�o 137 punkcik�w. Nast�pnie ca�y czerwony wz�r zrobi� si� pomara�czowy i zastyg�.
    - Nie umiem liczy� tak du�ych liczb, ale wydaje mi si�, �e to mniej wi�cej tyle co 137 razy 137. Czy tak?
    - Racja. 137 do kwadratu daje razem 18 769 punkcik�w. A teraz patrz.
    Kr�tkie zielone linie poprzecina�y spiral� na dziesi�� segment�w. Jeden z fragment�w poruszy� si�, opad� na d� wrzeciona i na powr�t sta� si� czerwony.
    - Nie daje to dok�adnie jednej dziesi�tej tej liczby - powiedzia� Albert. - Je�li dobrze policzysz oka�e si�, �e na dole znajduje si� teraz 1840 punkt�w. Id�my dalej. - Po raz kolejny �rodkowy kszta�t zmieni� barw�, tym razem sta� si� ��ty. - Przyjrzyj si� tej figurze u g�ry. - Spojrza�em dok�adniej i zauwa�y�em, �e pierwsza kropka zrobi�a si� pomara�czowa, a trzecia ��ta. Nast�pnie �rodkowy kszta�t obr�ci� si� na osi pionowej i wy�oni�a si� z niego tr�jwymiarowa kolumna spirali.
    - W �rodkowej figurze ca�kowita liczba kropek wynosi w tej chwili 137 do sze�cianu. Poniewa� robi si� to teraz znacznie nudniejsze, puszcz� ci to bardzo szybko - zauwa�y� uprzejmie.
    Tak te� zrobi�. Kropki fruwaj�ce po ekranie uk�ada�y si� w r�ne kszta�ty, oddziela�y od siebie i kolejno zmienia�y kolor od ��tego do jasnozielonego, od jasnozielonego do ciemnozielonego, nast�pnie do akwamaryny i niebieskiego, potem raz jeszcze przebiega�y ca�� gam� barwn� i jeszcze raz.
    - Widzisz? Mamy teraz trzy liczby. W �rodku 137. Na dole 1840. A na g�rze 13718, co daje mniej wi�cej tyle samo, co dziesi�� do trzydziestej �smej na g�rze. Albo, gdyby�my chcieli to ustawi� po kolei - mamy trzy liczby bezwymiarowe; sta�� struktury subtelnej, stosunek protonu do elektronu oraz liczb� cz�stek we wszech�wiecie. To co us�ysza�e� przed chwil�, to kr�tki wyk�ad na temat teorii cz�stek wyg�oszony przez nauczyciela Heech�w.
    - O Bo�e!
    - W�a�nie tak - Albert promieniej�c zjawi� si� ponownie na ekranie.
    - Albert! Czy to znaczy, �e mo�emy odczyta� wszystkie wachlarze modlitewne?
    - Chyba tylko te najmniej skomplikowane - zrzed�a mu mina. - Ten by� akurat naj�atwiejszy. Ale teraz ju� wszystko wydaje si� ca�kiem proste. Odczytujemy ka�dy wachlarz po kolei, nagrywamy go, szukamy mo�liwych odniesie�. Tworzymy r�ne semantyczne za�o�enia i testujemy je w jak najwi�kszej liczbie kontekst�w. Na pewno nam si� uda, ale troch� to mo�e potrwa�.
    - Nie chc�, �eby to d�ugo trwa�o - warkn��em.
    - Naturalnie, Robin, ale najpierw trzeba ka�dy wachlarz umiejscowi�, odczyta�, nagra� i zakodowa�, �eby maszyna mog�a przeprowadzi� r�ne por�wnania. A potem...
    - Nie chc� tego s�ysze� - odpowiedzia�em. - Zr�b, co trzeba. O co zn�w chodzi? Zmieni� si� na twarzy.
    - To kwestia funduszy - powiedzia� przepraszaj�co.
    - Potrzeba nam wielu godzin pracy komputera.
    - Zr�b, ile tylko si� da. Ka�� Mortonowi sprzeda� troch� akcji. Masz co� jeszcze?
    - Tym razem co� mi�ego - u�miechn�� si� i znowu zacz�� si� kurczy�, a� w rogu ekranu pozsta�a tylko ma�a twarz. Na �rodku pojawi�y si� barwy, kt�re zlewaj�c si� uformowa�y pulpit kontrolny Heech�w. Na pi�ciu z dziesi�ciu p�ycin utworzy� si� wz�r. Pozosta�e by�y puste.
    - Wiesz, co to jest, Robin? To syntetyczny wykaz lot�w, kt�re dotar�y z Gateway do Nieba Heech�w. Jak widzisz, we wszystkich siedmiu przypadkach wz�r jest identyczny. Inne wzory si� r�ni�, ale s�uszne wydaje si� za�o�enie, �e te r�nice nie s� bezpo�rednio zwi�zane z ustawieniem kursu.
    - O czym ty m�wisz? - Zaskoczy� mnie. Zda�em sobie spraw�, �e dr��. - Czy chcesz przez to powiedzie�, �e ustawiaj�c kurs wed�ug tego wzoru mogliby�my dotrze� do Nieba Heech�w?
    - Na dziewi��dziesi�t pi�� procent - skin�� g�ow�.
    - Znalaz�em ju� trzy statki, kt�re przyjm� to ustawienie, dwa na Gateway i jeden na ksi�ycu.
    W�o�y�em sweter i przeszed�em si� w kierunku wody. Nie by�em w stanie ju� go wi�cej s�ycha�.
    Spryskiwaczki mocno zrosi�y trawnik. Zrzuci�em buty, �eby poczu� wilgotn�, mi�ciusie�k� traw� i przygl�daj�c si�, jak kilku ch�opc�w ko�o wybrze�a Nyack �apie na b�yszczyk okonie pomy�la�em sobie, �e kupi�em to wszystko ryzykuj�c �ycie na Gateway. I na dodatek op�aci�em �yciem Klary.
    I w�wczas zada�em sobie pytanie, czy chc� to wszystko postawi� na szal� i raz jeszcze zaryzykowa� �ycie?
    Tak naprawd� nie by�a to kwestia „chcenia" czy „niechcenia". Gdyby jeden z tych statk�w mia� polecie� do Nieba Heech�w, a mnie uda�oby si� wsi��� czy cho�by przemyci� na pok�ad, tobym polecia�.
    Ocali�a mnie trze�wo�� umys�u, bo mimo wszystko doszed�em do wniosku, �e nie mog�. Nie w moim wieku. A w ka�dym razie w sytuacji, kiedy Korporacja Gateway ma taki a nie inny do mnie stosunek. A co najwa�niejsze, nie wystarczy�oby mi czasu. Asteroid Gateway wchodzi na orbit� prawie pod k�tem prostym do ekliptyki. Z Ziemi to bardzo m�cz�ca podr�. Po krzywej Hohmana trwa mniej wi�cej dwadzie�cia miesi�cy, albo i d�u�ej. Przy wymuszonym przyspieszeniu - ponad sze��. Za sze�� miesi�cy statki te b�d� tam i z powrotem.
    O ile oczywi�cie powr�c�.
    Kiedy to sobie u�wiadomi�em, prawie poczu�em ulg�, poniewa� nadal trawi�o mnie bolesne, gryz�ce poczucie straty.
    Sigfrid von Psych nigdy nie powiedzia� mi, jak pozby� si� uczucia ambiwalencji (czy winy). Powiedzia� mi tylko, jak sobie z nim poradzi�. Jedyne rozwi�zanie, to pozwoli� mu si� uzewn�trzni� (tak twierdzi�). Wtedy przynajmniej nie b�dzie cz�owieka parali�owa�. Wi�c czekaj�c a� dr�cz�ce mnie poczucie ambiwalencji wypali si� do cna, poszed�em sobie wzd�u� brzegu, ciesz�c si� przyjemnym powietrzem pod kopu��, z dum� spogl�daj�c na dom, w kt�rym mieszka�em i na skrzyd�o, w kt�rym przebywa�a moja ukochana �ona, od d�u�szego ju� czasu darzona przeze mnie platonicznym uczuciem. Mia�em nadziej�, �e nabiera si� i odpoczywa. Taks�wka dwukrotnie przywioz�a kogo� ze stacji metra. By�y to kobiety. Teraz te� taks�wka zatrzyma�a si� i wysadzi�a m�czyzn�, kt�ry zacz�� niepewnie rozgl�da� si� wok�, gdy tymczasem pojazd zawr�ci� i pospiesznie odjecha� po nast�pnego klienta. Nie przypuszcza�em, �e mo�e to by� kto� do Essie, a sam te� nie spodziewa�em si� nikogo, w ka�dym razie kogo�, kim nie mog�a by si� zaj�� Harriet. Zaskoczy�o mnie wi�c, kiedy obrotowy g�o�nik pod okapem domu zakr�ci� si� wok�, skierowa� ku mnie, a g�os Harriet zawo�a�:
    - Robin, jest tu do ciebie niejaki pan Haagenbusch. Wydaje mi si�, �e powiniene� si� z nim zobaczy�.
    To by�o zupe�nie nie w stylu Harriet. Ale przewa�nie si� nie myli�a. Przeszed�em wi�c przez trawnik, wytar�em go�e stopy pod werand� i zaprosi�em nieznajomego do gabinetu. By� to niebrzydki okaz starego gatunku, z r�ow� �ysin�, eleganckimi siwymi bokobrodami i precyzyjnym ameryka�skim akcentem - zupe�nie nie takim, jaki maj� rodowici mieszka�cy Stan�w.
    - Bardzo dzi�kuj�, �e zechcia� si� pan ze mn� zobaczy�, panie Broadhead - zacz�� i wr�czy� mi wizyt�wk�, na kt�rej by�o napisane: Herr Doktor Advokat Wm. J. Haagenbusch. - Jestem adwokatem Petera Hertera - powiedzia�. - Dzisiaj rano przylecia�em z Frankfurtu, poniewa� chc� zawrze� z panem umow�.
    C� za orygina�, pomy�la�em sobie. �eby osobi�cie fatygowa� si� w interesach! Ale skoro Harriet chcia�a, �ebym si� spotka� z tym starym grzybem, musia�a to pewnie obgada� ze swoim programem prawniczym.
    - O jak� umow� chodzi? - spyta�em wi�c.
    Czeka�, a� go zaprosz�, �eby usiad�. Tak te� zrobi�em. Spodziewa� si� pewnie, �e zam�wi� tak�e kaw� czy koniak dla nas obydwu, ale na to nie mia�em ju� wi�kszej ochoty. Zdj�� czarne sk�rzane r�kawiczki.
    - M�j klient ��da 250 milion�w dolar�w, kt�re nale�y wp�aci� na specjalne konto - zacz��, spogl�daj�c na swoje wypiel�gnowane paznokcie. - Domaga si� r�wnie� pe�nej nietykalno�ci. Tak� zakodowan� wiadomo�� otrzyma�em wczoraj.
    - Haagenbusch, na Boga, po co pan mnie o tym m�wi? Nie mam takiej forsy - roze�mia�em si� g�o�no.
    - Owszem, pan nie ma - przyzna�. - Pan nie ma nic opr�cz inwestycji w syndykacie Herter-Hall oraz w akcjach ferm rybnych. Posiada pan poza tym kilka dom�w oraz troch� rzeczy osobistych. My�l�, �e m�g�by pan zebra� sze�� czy siedem milion�w, nie licz�c pieni�dzy zainwestowanych w Herter-Hall. A kto wie, ile to mog�oby by� warte, je�li si� we�mie pod uwag� wszystkie okoliczno�ci.
    Opar�em si� wygodnie przygl�daj�c si� mu ciekawie.
    - Musia� pan dok�adnie sprawdzi�, skoro wie pan, �e si� pozby�em udzia��w w turystyce. Tyle �e zapomnia� pan o kopalniach po�ywienia.
    - Nie wydaje mi si�. O ile rozumiem, panie Broadhead, akcje te zosta�y sprzedane dzi� po po�udniu.
    To wcale nie jest zabawne, �e kto� wie wi�cej na temat mojej sytuacji finansowej ni� ja sam. A wi�c Morton i to musia� sprzeda�! W tej chwili nie mia�em czasu si� zastanawia�, co to faktycznie oznacza, poniewa� Haagenbusch g�adz�c si� po bokobrodach ci�gn�� dalej:
    - Sytuacja przedstawia si� nast�puj�co. U�wiadomi�em mojemu klientowi, �e kontrakt zawarty pod przymusem nie ma mocy prawnej. Nie liczy ju� zatem na za�atwienie swojej sprawy przez porozumienie z Korporacj� Gateway, czy te� z pa�skim syndykatem. Za to otrzyma�em nowe instrukcje - nale�y natychmiast zgromadzi� wymienion� przeze mnie sum�, z�o�y� j� na tajnych kontach bankowych na jego nazwisko i przekaza� mu j�, kiedy powr�ci, je�li w og�le powr�ci.
    - Tym z Gateway nie spodoba si�, �e kto� chce ich szanta�owa� - zauwa�y�em. - Tyle �e, oczywi�cie, mog� nie mie� wyboru.
    - Faktycznie nie maj� - przyzna�. - Jedyny szkopu�, �e plan Hertera nie ma szans powodzenia. Jestem pewien, �e wyp�ac� mu te pieni�dze, ale za to moje rozmowy b�d� pods�uchiwane, a biuro naszpikowane mikrofonami. Ministerstwo sprawiedliwo�ci ka�dego kraju - uczestnika traktatu Gateway wyst�pi z aktem oskar�enia, jak tylko pan Herter wr�ci. Nie mam ochoty figurowa� w tych oskar�eniach jako wsp�lnik. A wiem, �e tak si� stanie. Odnajd� pieni�dze i je zabior�. Uniewa�ni� poprzedni kontrakt pana Hertera, poniewa� si� z niego nie wywi�za�. I wsadz� go do wi�zienia, �eby tylko jego!
    - Znalaz� si� pan w trudnej sytuacji, panie Haagenbusch - stwierdzi�em.
    Odkaszln�� sucho. Wcale nie by�o mu do �miechu. Przez chwil� g�adzi� bokobrody, a� w ko�cu wybuchn��;
    - Pan nie ma poj�cia, jak to wygl�da! Co dzie� przesy�a d�uga�ne zakodowane polecenia: „Masz ��da� tego, zagwarantowa� tamto, czyni� ci� osobi�cie odpowiedzialnym za owo!" Ja wysy�am odpowied�, kt�ra dociera tam za dwadzie�cia pi�� dni, a przez ten czas on przez pi��dziesi�t dni przesy�a mi nowe polecenia. B��dzi my�lami w ob�okach - a na dodatek beszta mnie i grozi! Nie ma dobrego charakteru, no i nie jest m�ody. Pewnie umrze, zanim b�dzie m�g� odebra� te pieni�dze. A mo�e zreszt� do�yje?
    - Dlaczego pan z nim nie zerwie?
    - Zrobi�bym to, gdybym m�g�. Ale je�li z nim zerw�, to co? Ju� nikt nie stanie po jego stronie. I co wtedy zrobi, panie Broadhead? Poza tym - wzruszy� ramionami - to m�j stary przyjaciel. Chodzi� do szko�y z moim ojcem. Nie mog� go tak po prostu zostawi�. Ale te� nie mog� zrobi� tego, o co prosi. A mo�e pan m�g�by? Naturalnie nie daj�c mu �wier� miliarda dolar�w, bo pan nigdy takich pieni�dzy nie mia�. Ale mo�e pan dopu�ci� go do sp�ki na r�wnorz�dnych prawach. Wydaje mi si�, �e... Pewnie by na co� takiego przysta�.
    - Ale ja ju�... - urwa�em. Je�li nie wiedzia�, �e zd��y�em odda� po�ow� moich udzia��w Boverowi, nie zamierza�em mu tego m�wi�. - A sk�d pewno��, �e ja nie zerw� kontraktu?
    - Taka mo�liwo�� zawsze istnieje - wzruszy� ramionami. - Ale mam wra�enie, �e pan by tego nie zrobi�. Dla niego jest pan symbolem i chyba by panu zaufa�. Zdaje si�, �e wiem, o co mu w tym wszystkim chodzi. Po prostu chcia�by �y� tak jak pan.
    - Nie oczekuj�, �e si� pan natychmiast zgodzi - powiedzia� wstaj�c. - Zosta�y mi jeszcze jakie� dwadzie�cia cztery godziny, zanim b�d� musia� da� odpowied� panu Herterowi. Prosz� si� nad tym zastanowi�. Wr�cimy do naszej rozmowy jutro.
    U�cisn��em mu r�k�, poleci�em Harriet, �eby mu zam�wi�a taks�wk� i poczeka�em razem z nim na podje�dzie, a� przyjecha�a. Gdy wsiad� natychmiast ruszy�a nikn�c we wczesnym zmierzchu.
    Kiedy wr�ci�em do pokoju, Essie sta�a przy oknie wpatruj�c si� w �wiat�a na Morzu Tappajskim. I wtedy zorientowa�em si�, kim byli dzisiejsi go�cie. Jednym musia�a by� fryzjerka. Ciemna kaskada w�os�w, najprawdziwsza pod s�o�cem, znowu sp�ywa�a a� do pasa, i kiedy Essie si� odwr�ci�a, by si� do mnie u�miechn��, by�a to ta sama kobieta, kt�ra wiele tygodni temu wyjecha�a do Arizony.
    - Tak d�ugo rozmawia�e� z tym liliputem - stwierdzi�a. - Musisz by� g�odny.
    Przygl�da�a mi si� przez chwil�, po czym si� roze�mia�a. Pytania, kt�re chodzi�y mi po g�owie, najwyra�niej by�y wypisane na mojej twarzy, bo na nie odpowiedzia�a:
    - Po pierwsze, kolacja gotowa. Przygotowa�y�my co� lekkiego, co mo�na zje�� o ka�dej porze. Po drugie, nasz pok�j jest przygotowany, o ile zechcesz mi tam towarzyszy�. I po trzecie - tak, Robin. Wilma zapewni�a mnie, �e z tym wszystkim jest ju� w porz�dku. Czuj� si� znacznie lepiej, ni� my�lisz, kochanie.
    - To prawda, �e wygl�dasz wspaniale - odpar�em i musia�em si� u�miechn��, bo �ci�gn�a swe blade, doskonale zarysowane brwi.
    - Czy bawi ci� widok pe�nej po��dania �ony? - spyta�a.
    - Ale� nie, to zupe�nie nie o to chodzi - odpar�em obejmuj�c j�. - W�a�nie przed chwil� zastanawia�em si�, dlaczego kto� chcia�by �y� tak jak ja. Teraz ju� wiem!
    No i c�. Kochali�my si� jakby na pr�b� i powoli, a kiedy stwierdzili�my, �e nic z�ego nie mo�e si� jej sta�, zrobili�my to jeszcze raz, teraz ju� z wi�ksz� nami�tno�ci� i gwa�towniej. Kiedy sko�czyli�my, zjedli�my prawie wszystko, co by�o do zjedzenia i co czeka�o na stoliku obok, a potem le��c pie�cili�my si�, a� w ko�cu zacz�li�my si� znowu kocha�. Potem spleceni ze sob� zdrzemn�li�my si� troch�.
    - Jak na takiego starego koz�a to nie najgorzej. Nawet siedemnastolatek by si� nie powstydzi� - szepn�a Essie z ustami na moim karku.
    Wyci�gn��em si� i ziewn��em nie ruszaj�c si� z miejsca, pocieraj�c plecami o jej brzuch i piersi.
    - Ca�kiem szybko dosz�a� do formy - zauwa�y�em.
    Zamiast odpowiedzi potar�a nosem o moj� szyj�. Istnieje taki radar, kt�rego ani nie wida�, ani nie s�ycha�, a kt�ry zawsze m�wi mi prawd�. Le�a�em tak przez chwil�, potem wysun��em si� z jej ramion i usiad�em.
    - Moja droga - zacz��em. - Co przede mn� ukrywasz? Le�a�a wyci�gni�ta wzd�u� mego ramienia, z twarz� przy moich �ebrach.
    - O co ci chodzi? - spyta�a z min� niewini�tka.
    - Daj spok�j! - A kiedy nie odpowiada�a, m�wi�em dalej. - Czy mam wyci�gn�� Wilm� z ��ka, �eby si� dowiedzie�?
    Ziewn�a i usiad�a. Udawa�a z tym ziewaniem, bo kiedy spojrza�em na jej twarz, mia�a oczy szeroko otwarte.
    - Wilma jest bardzo konserwatywna - wzruszy�a ramionami. - Istniej� lekarstwa, kt�re przyspieszaj� proces gojenia ran, kortykosteroidy i inne takie tam. Nie chcia�a mi ich dawa�. Przy ich zastosowaniu wyst�puje niewielkie ryzyko jakich� p�niejszych komplikacji, ale dopiero du�o p�niej, a do tamtej pory Pe�ny Serwis Medyczny z pewno�ci� sobie z tym poradzi. Wi�c ja si� upar�am, co j� troch� rozgniewa�o.
    - Masz na my�li bia�aczk�?
    - Owszem, mi�dzy innymi. Ale to ma�o prawdopodobne. W ka�dym razie nie w najbli�szej przysz�o�ci.
    Podnios�em si� i usiad�em nagi na kraw�dzi ��ka, by j� lepiej widzie�.
    - Dlaczego to zrobi�e�?
    Wsadzi�a kciuki pod w�osy i odgarn�a je z twarzy, �eby odpowiedzie� na moje spojrzenie.
    - Bo mi si� �pieszy�o. Masz w ko�cu prawo mie� zdrow� �on�. Bo niewygodnie jest robi� siusiu przez cewnik, nie m�wi�c o tym, �e to nieestetycznie. Bo to do mnie nale�a�a decyzja i j� podj�am.
    Odrzuci�a z siebie po�ciel i wyci�gn�a si� na ��ku.
    - Przyjrzyj mi si� - zach�ci�a. - Ani jednej blizny. A w �rodku, pod sk�r�, wszystkie narz�dy funkcjonuj�. Mog� je��, pi�, wydala�, kocha� si�, a nawet pocz�� twoje dziecko, gdyby� sobie tego �yczy�. Nie na wiosn� czy za rok. Ale teraz.
    To wszystko by�a prawda. Widzia�em na w�asne oczy. Na jej d�ugim, jasnym ciele nie by�o ani �ladu - no niezupe�nie. Wzd�u� lewego boku widnia�a nieregularna ja�niejsza plama nowej sk�ry. Ale trzeba si� by�o dobrze przyjrze�, �eby to zauwa�y�. I nic nie wskazywa�o na to, �e par� tygodni temu by�a zdruzgotana, pokancerowana i w�a�ciwie martwa.
    Zaczyna�o mi si� robi� zimno. Wsta�em, �eby poszuka� szlafroka Essie i narzuci�em te� szlafrok na siebie. Na stoliku zosta�o jeszcze troch� ciep�ej kawy.
    - Ja te� poprosz� - odezwa�a si� Essie. Nala�em.
    - Czy nie powinna� odpoczywa�?
    - Zorientujesz si�, kiedy jestem zm�czona - odpar�a rozs�dnie. - Bo si� po prostu przewr�c� na drugi bok i zasn�. Ju� tyle czasu nie byli�my razem w ten spos�b. Bardzo mi dobrze.
    Wzi�a ode mnie fili�ank� i popijaj�c przygl�da�a mi si�.
    - Ale tobie nie za bardzo - zauwa�y�a.
    - Sk�d�e znowu! - Naprawd� by�o mi dobrze. Ale przez uczciwo�� doda�em: - Czasami si� jednak zastanawiam, Essie. Dlaczego tak jest, �e kiedy okazujesz mi swoj� mi�o��, mam poczucie winy?
    Odstawi�a fili�ank� i po�o�y�a si�.
    - Czy chcesz ze mn� porozmawia�?
    - W�a�nie to robi� - odpar�em. - Ale tak naprawd� to powinienem wezwa� Sigfryda von Psycha.
    - Jest zawsze do twojej dyspozycji - zauwa�y�a.
    - Hm. Je�li ju� z nim zaczn�, to B�g raczy wiedzie�, kiedy si� to wszystko sko�czy. Ale to nie z nim chcia�bym porozmawia�. Dzieje si� tyle rzeczy. I to bez mojego udzia�u. Czuj� si� zupe�nie pomini�ty.
    - Tak, rozumiem. Czy chcia�by� co� zrobi�, �eby to zmieni�?
    - Owszem - powiedzia�em. - Mo�na chocia�by zadzia�a� w sprawie Petera Hertera. Chodzi mi co� po g�owie, co chcia�bym om�wi� z Albertem Einsteinem.
    - Bardzo dobrze, czemu nie? - skin�a g�ow�. Usiad�a na kraw�dzi ��ka. - Podaj mi kapcie z �aski swojej. Zr�bmy to od razu.
    - Po co? Jest ju� p�no. Nie powinna�...
    - Robin - powiedzia�a uprzejmie. - Ja tak�e rozmawia�am z Sigfridem von Psychem. To niez�y program, mimo �e nie ja go u�o�y�am. M�wi, �e jeste� dobrym cz�owiekiem, wyrobionym spo�ecznie, wspania�omy�lnym, co i ja mog� potwierdzi�, nie m�wi�c ju� o tym, �e jeste� doskona�ym kochankiem i bardzo sympatycznym kumplem. Chod�my do gabinetu.
    Wzi�a mnie za r�k� i przeszli�my do du�ego pokoju, kt�rego okna wychodzi�y na morze. Zasiad�a przed moim ekranem na wygodnej podw�jnej kanapce.
    - Tym niemniej - ci�gn�a - Sigfrid m�wi, �e potrafisz znale�� sobie doskona�e usprawiedliwienie, �eby czego� nie zrobi�. Wi�c ci pomog�. Daite gorod Polymat! - Nie m�wi�a tego do mnie, ale do ekranu, kt�ry natychmiast rozb�ys�.
    - Wy�wietl jednocze�nie Alberta i Sigfrida - poleci�a. - �ci�gnij obu do pami�ci operacyjnej w stanie interaktywnym. W porz�dku, Robin. Wr��my teraz do spraw, kt�re poruszy�e�. Przecie� mnie to tak�e interesuje. - Moja �ona, ta S.Ja. Laworowna, z kt�r� o�eni�em si� wiele lat temu, najbardziej zaskakiwa�a mnie w najmniej oczekiwanych momentach. Siedzia�a wygodnie obok, trzymaj�c mnie za r�k�, kiedy ja otwarcie rozmawia�em o rzeczach, o kt�rych nawet nie powinienem chcie� my�le�. Nie chodzi�o tylko o to, czy wybra� si� do Nieba Heech�w i Fabryki Po�ywienia, i jak powstrzyma� Petera Hertera przed sianiem ob��du na �wiecie. Chodzi�o o to, dok�d m�g�bym uda� si� p�niej.
    Ale z pocz�tku nic nie wskazywa�o na to, �e si� w og�le dok�d� wybieram.
    - Albert, powiedzia�e� mi, �e opracowali�cie ustawienie kursu do Nieba Heech�w na podstawie zapis�w z Gateway. Czy co� takiego mo�na by te� zrobi� dla Fabryki Po�ywienia?
    Obydwaj siedzieli ko�o siebie na ekranie PV, Albert nabija� fajk�, Sigfrid mia� splecione d�onie i s�uchaj�c mnie uwa�nie milcza�. Nie odezwa�by si� pierwszy, a ja nie zamierza�em si� do niego zwr�ci�.
    - Obawiam si�, �e nie - odpar� Albert przepraszaj�co.
    - Znamy tylko jedno ustawienie kursu do Fabryki Po�ywienia, to ze statku Trish Bover, a co� takiego nie wystarczy, �eby mie� stuprocentow� pewno��. Prawdopodobie�stwo, �e statek tam dotrze, mo�e wynosi� jeden do sze�ciu. A nawet je�li dotrze, co wtedy? Nie m�g�by wr�ci�. W ka�dym razie statek Trish nie wr�ci�.
    - Usadowi� si� wygodnie i ci�gn�� dalej. - Istniej� na pewno r�ne alternatywy - spojrza� na siedz�cego obok Sigfrida von Psycha. - Oczywi�cie mo�na by tak pomanipulowa� umys�em Hertera, by zasugerowa� mu co�, co spowodowa�oby zmian� jego plan�w.
    - A czy to si� uda? - nadal zwraca�em si� do Alberta Einsteina. Wzruszy� ramionami, a Sigfrid pokr�ci� si� na krze�le, tyle �e nic nie powiedzia�.
    - Nie b�d� dzieckiem, Sigfrid - skarci�a go Essie.
    - M�w!
    - Gospo�a Laworowna - odpar� spogl�daj�c na mnie.
    - Wydaje mi si�, �e m�j kolega zaproponowa� takie rozwi�zanie tylko po to, bym m�g� je obali�. Przestudiowa�em zapis transmisji Petera Hertera. Symbolika jest oczywista. Anielskie kobiety z drapie�nymi dziobami, czy pani wie, co to jest „haczykowaty nos"? Prosz� sobie przypomnie� dzieci�stwo Paytera i to wszystko, co s�ysza� o „oczyszczeniu" �wiata ze z�ych �yd�w. Obserwujemy te� przemoc, ch�� wymierzenia kary. Jest bardzo chory. Przeszed� ju� jeden zawa� i nie potrafi racjonalnie my�le�. Cofn�� si� nawet do okresu dzieci�stwa. Gospo�a, sugestie czy odwo�ywanie si� do rozs�dku niczego nie za�atwi�. Jedynym rozwi�zaniem mog�aby by� d�ugotrwa�a psychoanaliza. Prawdopodobnie nie przysta�by na to, a komputer pok�adowy nie potrafi�by sobie z tym poradzi�. A ponadto nie ma ju� na to czasu.
    Nie mog� pani pom�c, nie mog� da� �adnej rozs�dnej rady.
    Dawno, dawno temu sp�dzi�em kilkaset godzin, bardzo nieprzyjemnych, s�uchaj�c racjonalnego, doprowadzaj�cego mnie do sza�u g�osu Sigfrida, kt�rego nie chcia�bym ju� nigdy wi�cej us�ysze�, Ale, co dziwne, nie okaza�o si� to takie najgorsze.
    Siedz�ca obok mnie Essie poruszy�a si�.
    - Polymat, przygotuj �wie�� kaw� - poleci�a. - Chyba zostaniemy tu jeszcze chwilk� - zwr�ci�a si� do mnie.
    - Nie wiem tylko po co - zaoponowa�em. - Wygl�da na to, �e znalaz�em si� w wyj�tkowo trudnej sytuacji.
    - Skoro tak - powiedzia�a zupe�nie beztrosko - nie potrzebujemy pi� kawy, tylko mo�e od razu wr�cimy do ��ka. Ale jak na razie ja bawi� si� �wietnie.
    Zreszt�, czemu by nie. Wcale nie by�em bardziej �pi�cy od niej, przynajmniej na pierwszy rzut oka. A w�a�ciwie czu�em si� ra�ny i rozlu�niony, a m�j umys� by� bystry jak nigdy.
    - Albert - spyta�em - Czy odczytywanie ksi��ek Heech�w posun�o si� do przodu?
    - Nie za bardzo. Trafili�my na inne prace matematyczne, jak to, kt�re widzia�e�, ale na razie nie odczytali�my jeszcze j�zyka. S�ucham?
    Pstrykn��em palcami. Mglista my�l, kt�ra gdzie� tam ko�ata�a mi si� po g�owie, zaja�nia�a wyra�nie.
    - Liczby „O"! Te liczby, o kt�rych mowa w ksi��ce, to takie same liczby, jak te, kt�re Zmarli nazwali liczbami „O".
    - Oczywi�cie, Robin - skin�� g�ow�. - We wszech�wiecie, albo przynajmniej w tym wszech�wiecie istniej� podstawowe bezwymiarowe sta�e. Tym niemniej pozostaje sprawa Zasady Macha, kt�ra sugeruje...
    - B�agam ci�, nie teraz. Jak my�lisz, sk�d Zmarli si� o nich dowiedzieli?
    Przerwa� marszcz�c brwi. Wystuka� popi� z fajki i zanim odpowiedzia�, spojrza� na Sigfrida.
    - Przypuszczam, �e Zmarli po��czyli si� z inteligencjami maszyn Heech�w. Musia�y by� jakie� transmisje w obu kierunkach.
    - O to mi w�a�nie chodzi�o. Jak my�lisz, co jeszcze Zmarli mog� wiedzie�?
    - Trudno powiedzie�. Zostali zmagazynowani w bardzo niedoskona�ej postaci. Kontakt z nimi by�, delikatnie m�wi�c, utrudniony, a teraz ��czno�� zosta�a ca�kowicie przerwana.
    - A gdyby�my na powr�t nawi�zali ��czno��? Gdyby kto� uda� si� na przyk�ad do Nieba Heech�w, �eby z nimi porozmawia�?
    Odchrz�kn��.
    - Cz�onkom misji Herter-Hall plus ch�opcu, Wanowi, nie uda�o si� uzyska� jasnych odpowiedzi na te pytania - stara� si� nie m�wi� zbyt protekcjonalnym tonem. - Nawet naszym inteligencjom maszynowym nie za bardzo si� to uda�o, chocia� - ci�gn�� uprzejmie - przede wszystkim z powodu konieczno�ci po��czenia si� z komputerem pok�adowym, Ver�. S� bardzo kiepsko zmagazynowane, Robin. Maj� r�ne obsesje, m�wi� nieracjonalnie i bardzo cz�sto nielogicznie.
    Essie sta�a z ty�u trzymaj�c na tacy kaw� i fili�anki - nawet nie s�ysza�em dzwonka z kuchni sygnalizuj�cego, �e jest ju� gotowa.
    - Spytaj go, Robin - poleci�a.
    Nie udawa�em, �e nie wiem, o co jej chodzi.
    - Do diab�a, Sigfrid, to robota dla ciebie. Jak mo�emy ich nam�wi�, �eby z nami pogadali?
    - Mi�o mi zn�w z tob� porozmawia�, Robin - Sigfrid u�miechn�� si� i rozpl�t� d�onie. - Chcia�bym wyrazi� ci swoje uznanie z powodu ogromnych post�p�w, jakie poczyni�e� od naszego ostatniego spotkania.
    - No, dalej!
    - Naturalnie, Robin. Jest jedna mo�liwo��. Wydaje si�, �e pami�� kobiety poszukiwacza imieniem Henrietta jest stosunkowo kompletna, z wyj�tkiem jej jedynej obsesji na punkcie niewierno�ci m�a. Gdyby�my u�o�yli program na podstawie tego, co wiemy o osobowo�ci jej m�a, i nast�pnie po��czyli go z Henriett�...
    - Chodzi ci o to, �eby stworzy� surogat jej m�a?
    - W�a�nie - skin�� g�ow�. - Nie musia�by by� identyczny. Poniewa� Zmarli zostali do�� kiepsko zmagazynowani, odpowiedzi, kt�re wydawa�yby si� niew�a�ciwe, pewnie usz�yby uwadze Henrietty. Oczywi�cie program by�by ca�kiem...
    - Do��. Czy potrafi�by� taki program u�o�y�?
    - Przy pomocy twojej �ony, owszem.
    - A jak go wtedy skontaktujemy z Henriett�? Spojrza� ukosem na Alberta.
    - Tutaj mo�e nam chyba pom�c m�j kolega.
    - Naturalnie Sigfrid - odezwa� si� Albert rado�nie, drapi�c si� palcem jednej stopy w drug�. - Po pierwsze, nale�y u�o�y� program wraz z programami pomocniczymi. Po drugie, wczyta� to do PMAL-2 procesora g��wnego z gigabitow� pami�ci� o szybkim dost�pie i do koniecznych jednostek podrz�dnych. Po trzecie, nale�y go wsadzi� na pok�ad Pi�tki i wystrzeli� w kierunku Nieba Heech�w. Nast�pnie po��czy� z Henriett� i zacz�� j� wypytywa�. Prawdopodobie�stwo powodzenia takiej akcji oceni�bym na jeden do dziewi�ciu.
    - Po co wysy�a� tam te wszystkie urz�dzenia? - zmarszczy�em brwi.
    - Chodzi o „c", pr�dko�� �wiat�a - odpar� cierpliwie. - Poniewa� nie mamy radia ponad�wietlnego, musimy tam przes�a� maszyn�.
    - Ponad�wietlne radio jest w komputerze Herter-Hall�w.
    - Za ma�o inteligentne i za wolne. Nie powiedzia�em ci jeszcze najgorszego. Oprzyrz�dowania jest do�� du�o. Zajmie prawie ca�� Pi�tk�, co znaczy, �e do Nieba Heech�w dotrze nie zabezpieczona i nie uzbrojona. A nie wiemy, co na ni� b�dzie czeka�o w doku.
    Essie na powr�t usiad�a obok mnie. Wygl�da�a pi�knie z przej�t� min�. Trzyma�a w r�ku fili�ank�. Wzi��em j� od niej automatycznie i wypi�em �yk kawy.
    - Powiedzia�e�, �e „zajmie prawie ca�� Pi�tk�". Czy to znaczy, �e zmie�ci�by si� tam tak�e pilot?
    - Obawiam si�, �e nie. Zostanie jeszcze tylko miejsce na jakie� sto pi��dziesi�t kilogram�w.
    - Ja wa�� przecie� po�ow� tego! - Czu�em blisk� obecno�� Essie. Dochodzili�my do sedna. Od wielu tygodni nie zdarzy�o mi si� my�le� tak trze�wo. Parali�uj�ca niech�� do jakiegokolwiek dzia�ania ust�powa�a z minuty na minut�. Zdawa�em sobie spraw� z tego, co m�wi� i doskonale wiedzia�em, co to znaczy dla Essie, ale nie chcia�em przerywa�.
    - To prawda - przyzna� Albert. - Ale czy chcesz tam dotrze� martwy? Potrzeba jeszcze przecie� jedzenia, wody, powietrza. Standardowe racje na podr� w t� i z powrotem, ze wszystkim, co potrzeba do regeneracji, wa�� ponad trzysta kilo i po prostu...
    - Daruj sobie! - przerwa�em mu. - Wiesz dobrze, �e nie m�wimy tutaj o podr�y w t� i z powrotem. Chodzi tylko o, zaraz, niech si� zastanowi�, o dwadzie�cia dwa dni. Tyle przynajmniej trwa� lot Henrietty. Potrzebuj� zapas�w tylko na 22 dni. A kiedy ju� dotr� do Nieba Heech�w, nie b�d� nic potrzebowa�.
    Sigfrid mia� bardzo zaciekawiony wyraz twarzy, ale milcza�. Albert siedzia� z przej�t� min�.
    - Owszem, Robin - przyzna�. - Ale to du�e ryzyko. Nie zostaje �aden margines bezpiecze�stwa.
    Pokr�ci�em g�ow�. By�em ju� daleko przed nim, znacznie wyprzedzi�em go na tej drodze, kt�r� zamierza�em przej�� sam.
    - Powiedzia�e�, �e na Ksi�ycu jest Pi�tka, kt�ra mo�e przyj�� ten kurs. Czy tam jest ten, jak to si� nazywa, ten PMAL?
    - Nie, Robin, ale jest jeden w Kourou, czekaj�cy na wysy�k� na Wenus - doda� ze smutkiem.
    - Dzi�kuj� ci - odezwa�em si�, cho� by�o to prawie warkni�cie, bo wyci�gni�cie tej wiadomo�ci z niego przypomina�o wyrywanie z�ba. I wtedy dopiero opar�em si� wygodnie i zacz��em si� zastanawia� nad tym wszystkim, co zosta�o powiedziane.
    Nie tylko ja s�ucha�em z uwag�. Siedz�ca obok mnie Essie odstawi�a fili�ank� kawy.
    - Polymat - poleci�a - �ci�gnij Mortona do pami�ci operacyjnej i wy�wietl w stanie interaktywnym. Dalej, Robin, r�b, co masz robi�.
    Z ekranu dobieg� odg�os otwieranych drzwi i wszed� Morton. Poda� r�k� Sigfridowi i Albertowi, jednocze�nie spogl�daj�c na mnie przez rami�. W tym czasie absorbowa� informacje i z wyrazu twarzy mog�em si� zorientowa�, �e nie podoba mu si� to, co s�yszy. Nie obchodzi�o mnie to.
    - Morton, na wyrzutni w Gujanie jest przetwarzacz danych PMAL-2. Masz go dla mnie kupi�. Odwr�ci� si�, by mi si� przyjrze�.
    - Robin, nie zdajesz sobie sprawy jak szybko przejadasz sw�j kapita� - powiedzia� z uporem. - Ju� ka�da minuta tego programu kosztuje ci� ponad tysi�c dolar�w. B�d� musia� sprzeda� twoje akcje!
    - To sprzedaj!
    - Ale nie tylko o to chodzi. Je�li sam planujesz polecie� razem z tym komputerem do Nieba Heech�w, to prosz� ci�, nie r�b tego! Nawet o tym nie my�l. Po pierwsze, nie pozwala na to zakaz Bovera. Po drugie, je�li uda si� do tego doprowadzi�, zostaniesz oskar�ony o niezastosowanie si� do nakazu s�du oraz uznany winnym szk�d, kt�re...
    - Nie o to ci� pyta�em. A gdyby mi si� uda�o przekona� Bovera, �eby uniewa�ni� ten zakaz? Czy wtedy mogliby mnie powstrzyma�?
    - Tak, ale... - zacz�� mi�kn�� - chocia� mogliby... jest szansa, �e tego nie zrobi�. W ka�dym razie nie zd���. Tym bardziej, jako tw�j doradca prawny powinienem stwierdzi�...
    - Nie musisz nic m�wi�. Kup komputer. Albert i Sigfrid - zaprogramujcie go w taki spos�b, jak to ju� om�wili�my. A teraz zejd�cie z ekranu. Chc� porozmawia� z Harriet. Harriet? Za�atw lot z Kourou na Ksi�yc, tym samym statkiem, co komputer, kt�ry Morton dla mnie kupuje. Zorientuj si�, czy mo�esz odnale�� Bovera. Chc� z nim porozmawia�.
    Kiedy skin�a g�ow� i rozp�yn�a si�, odwr�ci�em si�, by spojrze� na Essie. Mia�a wilgotne oczy, ale si� u�miecha�a.
    - Wiesz co? Sigfrid ani razu nie nazwa� mnie „Rob" czy „Bobby" - zauwa�y�em.
    Zarzuci�a mi ramiona na szyj� i mocno przytuli�a.
    - Mo�e uwa�a, �e teraz nie nale�y ju� ci� traktowa� jak dziecko. Mnie te� nie. Czy my�lisz, �e ja chcia�am tak szybko wyzdrowie� dlatego, by�my jak najpr�dzej mogli zacz�� si� kocha�? Nie. Zrobi�am to tak�e dlatego, by� nie czu� si� wi�niem �ony, kt�rej nie chcia�by� zostawi� samej, bo uwa�asz, �e to nie w porz�dku. I po to, bym mog�a zosta� sama i w tak dobrej formie, �eby sobie z tym wszystkim poradzi�, kiedy ju� i tak wyjedziesz.
    Wyl�dowali�my w Cayenne w g��bokich ciemno�ciach i strumieniach deszczu. Bover, na po�y �pi�c w g�bczastym fotelu hali baga�owej czeka�, a� za�atwi� formalno�ci celne. Parokrotnie podzi�kowa�em mu, �e chcia� si� ze mn� spotka�, ale uci�� to kr�tko.
    - Mamy tylko dwie godziny. Za�atwmy, co trzeba.
    Harriet wynaj�a dla nas helikopter. Wystartowali�my ponad wierzcho�kami palm w�a�nie wtedy, kiedy nad Atlantykiem wstawa�o s�o�ce. Zanim dolecieli�my do Kourou, zrobi� si� bia�y dzie�. Ksi�ycowy modu� sta� wsparty o wie�yczk�. W por�wnaniu z gigantami, kt�re startuj� z Lotniska Kennedy'ego czy Kalifornii wydawa� si� malutki, ale poniewa� guja�skie Centrum Kosmiczne znajduje si� prawie na r�wniku i rakiety maj� o jedn� sz�st� lepsze osi�gi, zatem nie musz� by� tak du�e. Komputer by� ju� za�adowany i spakowany, wi�c natychmiast wsiedli�my z Boverem na pok�ad. Zatrza�ni�to luki, odpalono silniki. Poczu�em podchodz�ce do gard�a obrzydliwe �niadanie, kt�rego nie powinienem by� je�� w samolocie - i oto byli�my ju� w drodze.
    Podr� na Ksi�yc trwa trzy dni. Stara�em si� jak najwi�cej spa�, pozosta�y czas sp�dza�em na rozmowach z Boverem. Po raz pierwszy od ponad dziesi�ciu lat przez tak d�ugi okres nie mia�em dost�pu do swoich urz�dze� telekomunikacyjnych i ba�em si�, �e b�dzie mi trudno to znie��. Ale podr� min�a w oka mgnieniu. Zbudzi�em i si�, kiedy ostrze�enia o przy�pieszeniu wygas�y i przygl�da�em si�, jak metaliczny Ksi�yc zbli�a si� do nas. A za chwil� byli�my ju� na miejscu.
    Zd��y�em odwiedzi� tyle odleg�ych miejsc, �e by�o �mieszne, i� nigdy przedtem nie by�em na Ksi�ycu. Nie mia�em poj�cia, czego si� spodziewa�. Wszystko by�o dla mnie zaskoczeniem - uczucie, �e podskakuj� i ta�cz� jak na spr�ynie, wra�enie, �e nie wa�� wi�cej ni� dmuchana gumowa lalka, piskliwy tenor, wydobywaj�cy si� z moich ust w atmosferze zawieraj�cej 20% helu. Na Ksi�ycu nie oddycha si� mieszanin�, jak� oddychaj� Heechowie. Ich kopi�ce maszyny jak szalone wdar�y si� w ksi�ycow� ska��, a poniewa� s�o�ca jest tyle, ile dusza zapragnie, nap�d nic nie kosztuje. Jedyny problem to nape�nianie wrzecion powietrzem i dlatego w�a�nie uzupe�niano je helem, kt�ry jest ta�szy ni� N2, i o kt�ry �atwiej.
    Wrzeciono Heech�w na Ksi�ycu znajduje si� w pobli�u bazy wahad�owca, a w�a�ciwie nale�a�oby powiedzie�, �e baza wahad�owca jest tam, gdzie jest, czyli w pobli�u Fra Mauro, gdzie w�a�nie milion lat temu Heechowie wykopali najwi�cej tuneli. Wszystko by�o pod powierzchni� - nawet doki pod os�on� rozpadliny. Ameryka�scy astronauci - Shepard i Mitchell sp�dzili kiedy� ca�y weekend w��cz�c si� w promieniu dwustu kilometr�w i nic nie zauwa�yli. Teraz wrzeciono zamieszkiwa�o ponad tysi�c os�b i korytarze podziemne oraz nowe tunele rozga��zia�y si� we wszystkich kierunkach, a powierzchnia Ksi�yca naszpikowana by�a antenami mikrofalowymi, kolektorami s�onecznymi oraz instalacjami.
    - Hej, ty - zawo�a�em do pierwszego krzepkiego m�czyzny, kt�ry najwyra�niej nie mia� nic do roboty. - Jak si� nazywasz?
    Bez po�piechu ruszy� w moim kierunku, �uj�c ko�c�wk� nie zapalonego papierosa.
    - Czego? - spyta�.
    - Na wahad�owcu jest �adunek. Chcia�bym, �eby� przeni�s� go do Pi�tki, kt�ra w�a�nie stoi w doku. We� kilku ludzi i odpowiedni sprz�t. Trzeba to zrobi� szybko.
    - Uhm. Ma pan zezwolenie? - spyta�.
    - Poka��, jak ci b�d� dawa� fors�. P�ac� tysi�c dolar�w na g�ow�, a ty dostaniesz dodatkowo dziesi�� tysi�cy, je�li to zrobicie w ci�gu trzech godzin.
    - Uhm. Zobaczymy, co ta za �adunek. - W�a�nie go wy�adowywali. Przyjrza� si� dok�adnie, podrapa� si�, chwil� pomy�la�. Wprawdzie by� mrukliwy, ale z cedzonych pojedynczo s��w dowiedzia�em si�, �e si� nazywa A.T. Walthers junior, i �e si� urodzi� w tunelach na Wenus. Widz�c jego bransolet� mog�em si� zorientowa�, �e pr�bowa� szcz�cia na Gateway, a na podstawie faktu, �e wykonywa� r�ne dorywcze prace na Ksi�ycu wywnioskowa�em, �e mu si� za bardzo nie powiod�o. No c�, mnie te� nie, przynajmniej nie od razu. A potem szcz�cie si� odwr�ci�o. Trudno powiedzie�, czy na dobre, czy na z�e.
    - Zrobi si�, Broadhead - powiedzia� w ko�cu. - Ale trzeba si� b�dzie pospieszy�, bo ten �artowni�, Herter, zapowiedzia� kolejny pokaz za jakie� p�torej godziny. Musimy si� uwin�� do tej pory.
    - Tym lepiej - stwierdzi�em. - Teraz powiedz mi, kt�r�dy mo�na doj�� do biura Korporacji Gateway?
    - P�nocny szczyt wrzeciona. Zamykaj� za jakie� p� godziny.
    Tym lepiej, pomy�la�em jeszcze raz, ale nie powiedzia�em tego na g�os. Ci�gn�c za sob� Bovera ruszy�em w podskokach wzd�u� tunelu do ogromnej wrzecionowatej jaskini, gdzie znajdowa� si� lokalny sztab i wyk��ci�em si�, �eby mnie wpu�cili do gabinetu Dyrektora Lot�w.
    - B�dzie potrzebny wolny obw�d na Ziemi� celem identyfikacji - zwr�ci�em si� do pani dyrektor. - Nazywam si� Robin Broadead, a oto odcisk mojego kciuka. To jest Hanson Bover; pan pozwoli, Bover. - Odcisn�� kciuk na p�ytce obok mojego. - Teraz prosz� wyg�osi� o�wiadczenie - zach�ci�em go.
    - Ja, Allen Bover - wyrecytowa� z pami�ci - niniejszym wycofuj� sw�j zakaz wobec Robina Broadheada, Korporacji Gateway i pozosta�ych.
    - Dzi�kuj� - powiedzia�em. - Teraz, pani dyrektor, podczas gdy pani b�dzie to sprawdza�, prosz�, tutaj jest podpisana kopia do akt zawieraj�ca to, co pan Bover przed chwil� wyg�osi�, plus plan misji. W my�l kontraktu, kt�ry mo�e pani odszuka� za pomoc� odpowiednich maszyn, mam prawo wykorzysta� urz�dzenia Korporacji Gateway w zwi�zku z misj� Herter-Hall�w. W�a�nie zamierzam z tego prawa skorzysta� i dlatego potrzebuj� Pi�tki, kt�ra stoi u was w dokach. Z planu misji jasno wynika, �e zamierzam uda� si� do Nieba Heech�w, a stamt�d do Fabryki Po�ywienia, gdzie postaram si� po�o�y� kres tym wyg�upom Petera Hertera, a tak�e uwolni� wypraw� Herter-Hall�w, a nast�pnie dostarczy� na Gateway cenne informacje celem dalszego opracowania i wykorzystania. Pragn��bym wyruszy� w ci�gu godziny - zako�czy�em ostro.
    Przez chwil� wygl�da�o na to, �e si� uda. Dyrektorka Lot�w przyjrza�a si� odciskom kciuka na p�ytkach rejestruj�cych, podnios�a w g�r� szpul� z planem misji, przez moment wa�y�a j� w d�oni, potem, nic nie m�wi�c, wyba�uszy�a na mnie oczy. S�ysza�em syk ulatniaj�cego si� gazu, kt�ry wykorzystywano w silnikach cieplnych, i kt�ry przechodz�c cykl Carnota pod soczewkami Fresnela dociera� do ocienionych reflektor�w w kszta�cie karczocha, znajduj�cych si� nad naszymi g�owami. �aden inny d�wi�k do mnie nie dochodzi�. Po chwili westchn�a.
    - Czy s�ysza� pan wszystko, senatorze Praggler?
    - A niech to diabli, Milly! - z ty�u za jej biurkiem rozleg� si� ryk Pragglera. - S�ysza�em! Powiedz Broadheadowi, �e nic z tego. Nie dostanie tego statku.
    To w�a�nie przez t� trwaj�c� trzy dni podr� moje plany spali�y na panewce. Dane paszportowe zosta�y automatycznie przekazane drog� radiow� i urz�dnicy wiedzieli, �e lec�, jeszcze zanim wahad�owiec wyruszy� z Gujany. To zupe�ny przypadek, �e natkn��em si� tam na Pragglera. Nawet gdyby go tam nie by�o i tak mieli dosy� czasu, �eby otrzyma� rozkazy z Brasilii. Przez chwil� my�la�em, �e skoro mam do czynienia z Pragglerem, uda mi si� go mo�e nam�wi�. P� godziny na niego wrzeszcza�em, a przez nast�pne p� b�aga�em. Bezskutecznie.
    - Planowi misji nic nie mo�na zarzuci� - przyzna�.
    - Ale s� zastrze�enia co do twojej osoby. Nie masz prawa korzysta� z urz�dze� Gateway, poniewa� Korporacja wczoraj, kiedy by�e� na orbicie, zaj�a tw�j maj�tek prawem pierwokupu. Nawet gdyby tego nie zrobili, i tak bym ci nie pozwoli� lecie�. Jeste� w to za bardzo zaanga�owany. Nie m�wi�c ju� o tym, �e za stary na takie zabawy.
    - Mam du�e do�wiadczenie jako pilot, jeszcze z Gateway.
    - Dla mnie jeste� jak wrz�d na dupie, Robin. Poza tym masz troch� bzika. Czy my�lisz, �e jeden cz�owiek da sobie rad� w Niebie Heech�w? Nie. Wykorzystamy tw�j plan. A nawet zap�acimy ci, je�li si� wszystko uda. Ale zrobimy to we w�a�ciwy spos�b. Gateway b�dzie g��wnym organizatorem. Polec� co najmniej trzy statki, dwa z nich pe�ne m�odych, zdrowych, uzbrojonych po z�by zabijak�w.
    - Panie senatorze - b�aga�em - prosz� pozwoli� mi polecie�. Wys�anie tego komputera na Gateway potrwa ca�e miesi�ce, nawet lata.
    - Chyba, �e wy�lemy go tam natychmiast w tej Pi�tce - powiedzia�. W sze�� dni b�dzie na miejscu. Potem mo�e znowu wylecie�, tym razem w konwoju. Ale bez ciebie. Tym niemniej - doda� trze�wo - z pewno�ci� zap�acimy ci za komputer i za program. Daj sobie z tym spok�j. Niech kto� inny ponosi ryzyko. M�wi� teraz jako tw�j przyjaciel.
    No c�, by� moim przyjacielem, o czym obydwaj wiedzieli�my, cho� mo�e nie tak bliskim po tym, jak mu powiedzia�em, gdzie mo�e sobie wsadzi� swoj� przyja��. W ko�cu Bover wyci�gn�� mnie stamt�d. Po raz ostatni widzia�em senatora, jak siedzi na kraw�dzi biurka i spogl�da za mn�, z twarz� jeszcze czerwon� z w�ciek�o�ci i z oczyma, w kt�rych prawie b�yszcza�y �zy.
    - Co za pech - powiedzia� Bover ze wsp�czuciem. Zaczerpn��em powietrza, �eby mu powiedzie� co� do s�uchu, lecz powstrzyma�em si� w sam� por�. Nie mia�o to wi�kszego sensu.
    - Kupi� panu bilet powrotny do Kourou - zaproponowa�em.
    U�miechn�� si� pokazuj�c doskonale wycyzelowane z�by - musia� ju� troch� wyda� forsy, kt�r� mu da�em.
    - Dzi�ki panu sta�em si� bogaty. Sta� mnie, �eby sobie kupi� bilet. Poza tym, nigdy jeszcze nie by�em na Ksi�ycu i pewnie niepr�dko wr�c�, wi�c chyba jeszcze troch� tu zabawi�.
    - Jak pan chce.
    - A pan, panie Broadhead, co zamierza?
    - Nie mam �adnych plan�w. - I rzeczywi�cie, nic m�drego nie przychodzi�o mi do g�owy. Sko�czy�o si� moje zaprogramowanie. Trudno chyba komukolwiek zrozumie� takie poczucie pustki. Nastawi�em si� na kolejn� tajemnicz� wypraw� statkiem Heech�w - cho� mo�e ju� nie tak tajemnicz�, jak wtedy, kiedy by�em poszukiwaczem z Gateway. Ale nadal do�� przera�aj�c�. Odwa�y�em si� przeprowadzi� z Essie co�, na co od lat nie mog�em si� zdoby�. I wszystko na nic.
    Pe�en zadumy spojrza�em w g��b d�ugiego, pustego tunelu prowadz�cego do doku.
    - Mo�e jako� si� przedr� - powiedzia�em.
    - Panie Broadhead, to jest...
    - Niech si� pan nie martwi. Nie p�jd� teraz, chocia�by z tego wzgl�du, �e ca�a bro� zosta�a za�adowana na t� Pi�tk�. W�tpi�, czy pozwoliliby mi si� do niej dosta�.
    Zajrza� mi w oczy.
    - No c� - w jego g�osie brzmia�o pow�tpiewanie. - Mo�e i pan zechce sp�dzi� tu par� dni.
    I w tym momencie zmieni� si� wyraz jego twarzy.
    Trudno by�o to zauwa�y�, ale czu�em to, co on czu� i to w�a�nie skupi�o ca�� moj� uwag�. Stary Peter znowu zamkn�� si� w le�ance. By�o gorzej ni� zwykle. Tym razem ja i wszystkie �ywe istoty nie odbierali�my tylko sn�w i fantazji - prze�ywali�my cierpienie, rozpacz, szale�stwo. Odczuwali�my okropny ucisk w skroniach, rozdzieraj�cy b�l, kt�ry promieniowa� od ramion i klatki piersiowej. Zasch�o mi w gardle, a potem, gdy wymiotowa�em, zrobi�o mi si� cierpko od kwa�nych wymiocin.
    Nigdy dotychczas nie dotar�a do nas z Fabryki Po�ywienia podobna emisja.
    Ale te� przecie� nikt nigdy dot�d nie zmar� w le�ance. Emisja nie usta�a po minucie, ani po dziesi�ciu. P�uca rozdziera�y mi ci�kie, �apczywe oddechy. Z Boverem i wszystkimi, kt�rzy znale�li si� w zasi�gu transmisji Hertera, dzia�o si� to samo. B�l nie ust�powa� i kiedy wydawa�o si�, �e osi�gnie ju� kulminacj�, nast�powa�a nowa eksplozja. I przez ca�y czas odczuwali�my przera�enie, w�ciek�o��, rozpacz cz�owieka, kt�ry umiera i kt�ry nie mo�e si� z tym pogodzi�.
    Ale ja wiedzia�em, jakie to mo�e mie� dla mnie znaczenie.
    Wiedzia�em te� co mog� zrobi�, albo przynajmniej co moje cia�o mo�e zrobi�, o ile mojemu umys�owi uda si� to przeprowadzi�. Zmusi�em si�, �eby post�pi� krok do przodu, potem nast�pny. Zmusi�em si� do truchtu wzd�u� tego szerokiego, ponurego korytarza, podczas gdy za moimi plecami Bover zwija� si� na ziemi, a przede mn� absolutnie bezradni stra�nicy ledwo trzymali si� na nogach. Min��em ich i w�tpi�, czy mnie w og�le zauwa�yli. Wt�oczy�em si� do w�skiego w�azu l�downika ca�y posiniaczony i roztrz�siony, i zmusi�em si�, by go za sob� szczelnie zamkn��.
    I oto znowu znalaz�em si� w beznadziejnie znajomym malutkim wn�trzu, ob�o�ony najprzer�niejszymi przedmiotami z plastiku. Walthers zrobi�, co do niego nale�a�o. Co prawda nie mia�em jak mu zap�aci�, ale gdyby wsadzi� r�k� w luk, kiedy go zamyka�em, da�bym mu pewnie z milion.
    W kt�rym� momencie stary Peter Herter zmar�. Jego �mier� nie po�o�y�a jednak kresu tym okropno�ciom, tylko troch� je z�agodzi�a. Nie potrafi�em sobie wyobrazi�, co to znaczy znale�� si� w umy�le cz�owieka, kt�ry umiera i kt�ry czuje, jak jego serce przestaje bi�, jak puszczaj� kiszki, a �wiadomo�� �mierci przeszywa umys�.
    Trwa to znacznie d�u�ej ni� mog�em przypuszcza�. Trwa�o przez ca�y czas, kiedy odczepia�em l�downik i za pomoc� niewielkich wodorowych silnik�w odrzutowych ruszy�em do miejsca, w kt�rym w��czy�by si� nap�d Heech�w. Blokowa�em i unosi�em k�ka ustawiaj�ce kurs, a� wy�wietli� si� ten znany mi dobrze wz�r, kt�rego nauczy� mnie Albert.
    I wtedy nacisn��em przycisk startu i wyruszy�em. Statek wszed� w nier�wnomierne, przyprawiaj�ce o md�o�ci przyspieszenie. Rozrzucone gwiazdy, kt�re widzia�em, z trudem wyci�gaj�c szyj� obok zestawu magazynowania pami�ci, zacz�y si� zlewa� w jedno. Nikt ju� teraz nie m�g� mnie powstrzyma�. Nawet ja sam.
    Na podstawie wszystkich danych, jakie Albertowi uda�o si� zgromadzi�, podr� mia�a trwa� dok�adnie dwadzie�cia dwa dni. To niezbyt d�ugo, ale nie w sytuacji, kiedy cz�owiek tkwi �ci�ni�ty w statku za�adowanym a� do granic mo�liwo�ci. By�o tylko tyle miejsca, co dla mnie. Mog�em si� rozprostowa�, mog�em wsta�. Mog�em si� nawet po�o�y�, je�li przypadkowy ruch statku pozwoli� mi ustali�, gdzie jest g�ra, a gdzie d�. I o ile nie przeszkadza�o mi to, �e le�� wci�ni�ty mi�dzy kawa�ki metalu. Tyle �e przez te dwadzie�cia dwa dni nie mog�em przesun�� si� nawet na p� metra, �eby co� zje��, przespa� si�, wyk�pa� czy wypr�ni�. Nie by�o si� gdzie ruszy�.
    Mia�em du�o czasu, �eby rozpami�tywa�, jak przera�aj�ce s� loty w statkach Heech�w, i �eby to dobrze odczu� na w�asnej sk�rze.
    Mia�em te� du�o czasu na nauk�. Albert bardzo starannie nagra� dla mnie r�ne informacje, o kt�re nie przysz�o mi do g�owy poprosi�. I wszystko umie�ci� na ta�mach, kt�re mog�em sobie odtwarza�. Nie by�y ani interesuj�ce, ani zbyt dobrej jako�ci. PMAL-2 to przede wszystkim pami��. Mo�e du�o my�le�, ale niewiele wy�wietla�. Nie ma tr�jwymiarowego ekranu, tylko stereofoniczny p�aski system okularowy, z kt�rego z trudem, ale korzysta�em, albo ekran wielko�ci d�oni, kiedy ju� mia�em dosy� okular�w.
    Z pocz�tku wcale si� tym nie zajmowa�em. Po prostu le�a�em sobie, �pi�c ile si� da. Cz�ciowo dochodzi�em do siebie po prze�yciach wywo�anych �mierci� Petera, kt�ra by�a tak samo przera�aj�ca, jakbym to ja sam umiera�. Jednocze�nie przeprowadza�em do�wiadczenia wewn�trzne - pozwala�em sobie na odczuwanie strachu (w�a�nie wtedy, kiedy mia�em po temu wszelkie powody), zach�caj�c sam siebie do prze�ywania winy. Uwielbiam pewn� form� poczucia winy: z lubo�ci� kontempluj� nie spe�nione zobowi�zania i nie zrealizowane obietnice. Mia�em o czym my�le�, pocz�wszy od Petera, kt�ry by na pewno jeszcze �y�, gdybym nie zgodzi� si� na jego udzia� w misji, a ko�cz�c - a w�a�ciwie nie ko�cz�c na Klarze w jej zastyg�ej czarnej dziurze. Nie ko�cz�c dlatego, �e zawsze mog�y mi przyj�� do g�owy inne sprawy. Ta rozrywka do�� szybko mi spowszednia�a. Zorientowa�em si�, ku swojemu zdziwieniu, �e wina nie jest uczuciem przyt�aczaj�cym, kiedy ju� cz�owiek pozwala sobie na to, by j� odczuwa�. My�li te zaj�y mi pierwszy dzie�.
    Potem wzi��em si� za ta�my. Pu�ci�em sobie namiastk� Alberta, sztywn�, na po�y o�ywion� karykatur� uwielbianego przeze mnie programu i pozwoli�em mu wyg�asza� wyk�ady na temat Zasady Macha, liczb „O" i innych przedziwnych astrofizycznych spekulacji, kt�re by mi nigdy nie przysz�y do g�owy. W�a�ciwie to go nawet nie s�ucha�em, pozwoli�em, �eby sobie gada�, i tak min�� drugi dzie�.
    Potem z tego samego �r�d�a wt�oczy�em sobie do g�owy wszystkie zmagazynowane informacje na temat Zmar�ych. W wi�kszo�ci nie by�o to dla mnie nic nowego. Tym niemniej wys�ucha�em tego jeszcze raz. Nie mia�em nic lepszego do roboty. I tak min�� trzeci dzie�.
    Nast�pnie by�y r�ne wyk�ady na temat Nieba Heech�w i pochodzenia Starc�w oraz ewentualnych sposob�w post�powania z Henriett�, a tak�e niebezpiecze�stw, kt�rych mo�na si� by�o spodziewa� po Najstarszym, i na tym przeszed� mi dzie� trzeci, czwarty i pi�ty.
    Zacz��em si� zastanawia�, czym wype�ni� te dwadzie�cia dwa dni, wi�c przes�ucha�em ta�my od nowa i tak min�� sz�sty, �smy i dziesi�ty dzie�, a jedenastego...
    Jedenastego dnia ca�kowicie od��czy�em komputer, u�miechaj�c si� do siebie na my�l o tym, co mnie czeka.
    Znajdowa�em si� w po�owie drogi. Wisia�em w pasach zabezpieczaj�cych i czeka�em na jedyny moment rado�ci, jaki mia� mnie spotka� w czasie tej cholernej, niewygodnej podr�y - czeka�em na b�yszcz�cy wybuch z�otych iskierek w krystalicznej spirali, kt�ry oznacza�by moment obrotu. Nie wiedzia�em, kiedy si� to dok�adnie zdarzy. Pewnie nie w ci�gu pierwszej godziny dnia, i rzeczywi�cie tak si� nie sta�o. I pewnie nie w ci�gu drugiej czy trzeciej - wtedy te� nie. Nie nast�pi�o ani wtedy, ani w czwartej, ani w pi�tej, ani w ci�gu nast�pnych godzin. Nie wydarza�o si� przez ca�y jedenasty dzie�.
    Ani w ci�gu dwunastego.
    Czy trzynastego.
    Czternastego te� nie. I kiedy w ko�cu zacz��em grzeba� w danych, �eby sprawdzi� obliczenia, kt�rych nie chcia�em robi� w g�owie, komputer obwie�ci� mi to, czego nie pragn��em us�ysze�.
    Nawet gdyby obr�t nast�pi� w tej chwili - za minut� - i tak nie starczy ju� wody, jedzenia, ani powietrza.
    Cz�owiek mo�e zacz�� oszcz�dza�. Ja te� zacz��em oszcz�dza�. Zwil�a�em wargi, �eby nie pi�, spa�em tak d�ugo, jak tylko mog�em, oddycha�em jak najwolniej. A obr�t w ko�cu nast�pi� - dziewi�tnastego dnia. Osiem dni za p�no.
    Kiedy wprowadzi�em te liczby do komputera, beznami�tny wynik by� jednoznaczny.
    Obr�t nast�pi� za p�no. Statek mo�e i dotrze do Nieba Heech�w za dziewi�tna�cie dni, ale bez �ywego pilota na pok�adzie. Do tego momentu od co najmniej sze�ciu dni b�d� martwy.



Strona g��wna     Indeks